Podróż po USA. Nasz roadtrip etap po etapie

by Łukasz
Roadtrip USA

Uff… Od czego by tu zacząć? Może najprościej. Odlotowe Stany, nasza wymarzona podróż po USA, dobiegły końca. Przez prawie cztery miesiące odkrywaliśmy Stany Zjednoczone realizując jedno ze swoich największych marzeń. Zdążyliśmy przez ten czas nie tylko objechać spory kawałek tego potężnego kraju, ale też trochę zobaczyć jak się mieszka w Ameryce i jak robi się tam biznesy. Nie jakieś duże, ale przecież kupno i sprzedaż samochodu to wcale nie takie hop siup. Powiemy Wam szczerze, że przeżyliśmy wspaniałą podróż. Podróż, o której marzyliśmy od dawna. Podróż, na którą niewielu by się zdecydowało. Myśleliśmy, że może uda się nam wrzucać tutaj regularnie posty pokazujące naszą trasę, ale brakowało nam na to czasu i energii. Staraliśmy się być na bieżąco na naszych socialmediowych kanałach, ale nawet tam w pewnym momencie zrobiły się zaległości. Mniejsza z tym. W tym wpisie pokażemy Wam jak wyglądała nasza wyprawa etap po etapie. Gotowi na przyspieszoną podróż po USA? Jeśli tak to zapinamy pasy i jedziemy!

Etap I – Nowojorskie przywitanie z Ameryką

Nowy Jork. Miasto, które nigdy nie śpi. Właśnie tam 25 lipca rozpoczęliśmy naszą podróż po USA i po raz pierwszy stanęliśmy na amerykańskiej ziemi. Bardzo chcieliśmy zobaczyć Wielkie Jabłko, ale nasza przygoda rozpoczęła się tam, bo… najtańsze bilety z Polski były właśnie do Nowego Jorku. Co by jednak nie mówić, spędziliśmy świetne pięć dni w NYC. Pospacerowaliśmy po Central Parku, przemierzyliśmy Manhattan na nogach wzdłuż i wszerz, popłynęliśmy promem zobaczyć Statuę Wolności oraz oczywiście zjedliśmy klasyczny nowojorski sernik i pizzę!

Mieliśmy też wielką przyjemność poznać Agatę prowadzącą bloga Cieplik Podróżuje, która bardzo pomogła nam w szybkiej aklimatyzacji w Stanach 🙂 Gorąco pozdrawiamy i raz jeszcze dziękujemy! A jeśli dziwi Was, że nie wspominamy tutaj o żadnych nowojorskich muzeach to przyznajemy się, że nie byliśmy w żadnym. To wszystko ze względu na to, że w lipcu postawiliśmy na korzystanie z pięknej pogody i słońca, a zwiedzanie muzeów i innych budynków Nowego Jorku zostawiliśmy sobie na jesień.

Najlepsze wspomnienie Łukasza: Spacerowanie przez kilka godzin po Central Parku pierwszego dnia po przylocie 🌳
Najlepsze wspomnienie Pauliny: Podziwianie skyline’u Manhattanu z Brooklyn Bridge Park i moment dostrzeżenia Statuy Wolności 💛

Etap II – Poszukiwania auta w Chicago

Okolice Chicago były dla nas idealnym miejscem, aby zatrzymać się na dłużej i odpowiednio przygotować do głównej części całej wyprawy, czyli roadtripu. Tak się składa, że na przedmieściach Chicago mieszka ciocia Pauliny, więc nie dość, że w końcu mogliśmy odwiedzić rodzinkę w Stanach to mieliśmy świetne warunki, aby na spokojnie poszukać samochodu, który spełni nasze wymagania. Wypożyczenie auta na prawie trzy miesiące zupełnie nam się nie opłacało, dlatego podjęliśmy decyzję o kupnie. Na szczęście wszystko poszło po naszej myśli i po tygodniu dość intensywnych poszukiwań, znaleźliśmy odpowiedni samochód!

Kupno samochodu i skompletowanie ekwipunku było dla nas najważniejsze, dlatego dopiero po załatwieniu tych wszystkich spraw wybraliśmy się na jeden dzień do centrum Chicago. Spędziliśmy tam super czas. Wyjechaliśmy na jeden z najwyższych wieżowców świata, przespacerowaliśmy się wzdłuż rzeki Chicago docierając do jeziora Michigan, a także zobaczyliśmy słynną chicagowską fasolkę. Z okolic Chicago wyjechaliśmy rankiem 14 sierpnia rozpoczynając główną część naszej amerykańskiej przygody.

Najlepsze wspomnienie Łukasza: Wyjechanie na taras widokowy Willis Tower 🌆
Najlepsze wspomnienie Pauliny: Spacer trasą Chicago Riverwalk 🏙️

Etap III – W drodze do Yellowstone

Pierwotnie planowaliśmy wybrać się w podróż po USA trochę później, ale chcieliśmy załapać się na dobrą pogodę w Yellowstone, dlatego przesunęliśmy nasze plany, żeby dotrzeć do tego parku jeszcze w sierpniu. Do tego pomysłu przekonał nas Przemek z bloga Geeki Podróżniki, któremu jesteśmy bardzo wdzięczni. Droga na kraniec stanu Wyoming była dość długa, dlatego zrobiliśmy sobie kilka przystanków i przejazd rozłożyliśmy na prawie tydzień.

Wyruszając w trasę byliśmy tak podekscytowani, że pierwszego dnia przejechaliśmy z Chicago aż do Sioux Falls. Nie pomyśleliśmy, że 9 godzin jazdy według Google’a znacznie się wydłuży. Przecież trzeba po drodze zatankować samochód (i to nie raz), napić się kawy, coś zjeść, zrobić parę przerw na toaletę… Brawo my! Dalej planowaliśmy już rozsądniej. Z Sioux Falls pojechaliśmy do pierwszego parku narodowego na naszej trasie – Badlands National Park. Tam też po raz pierwszy w życiu kempingowaliśmy! W Dakocie Południowej odwiedziliśmy jeszcze Custer State Park oraz słynne głowy prezydentów USA wykute w Mount Rushmore. Przed Yellowstone zrobiliśmy jeszcze krótki przystanek przy wyrastającej z ziemi, kompletnie pośród niczego, skale wulkanicznej – Devils Tower.

W Yellowstone spędziliśmy trzy niepełne, lecz wspaniałe dni. Różnorodna natura i tereny jak z innej planety miały powalić nas na kolana i to zrobiły. Nie mieliśmy może szczęścia do dzikich zwierząt, ale nie byliśmy z tego powodu specjalnie smutni. Było pięknie! Rzut beretem od Yellowstone znajduje się Grand Teton National Park. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie uwzględnili go w naszych planach. Po dość intensywnych kilku dniach, w Tetonach postawiliśmy na spokojne spacery i chillowanie nad pięknym jeziorkiem. Dodatkowo Pauli spełniła swoje marzenie o konnej przejażdżce w otoczeniu amerykańskiej natury.

Najlepsze wspomnienie Łukasza: Zobaczenie niesamowitych, kolorowych gorących źródeł w Yellowstone 🏞️
Najlepsze wspomnienie Pauliny: Pierwszy wjazd do Yellowstone, który uświadomił mi, że nasza podróż po USA i spełnianie marzenia o wyprawie życia dzieje się tu i teraz 💞

Etap IV – Odlotowa… Kanada?!

Park Narodowy Grand Teton był ostatnim miejscem ze sztywno zaplanowanej trasy. Na mapie mieliśmy pozaznaczane kolejne miejsca, które chcieliśmy odwiedzić, ale wszystko zaczęliśmy planować na bieżąco. Dzięki tej elastyczności nie było przypału z zatrzymaniem się na dwa dni w nikomu nic nie mówiącej miejscowości Rexburg. Mieliśmy drobny problem z samochodem i musieliśmy podskoczyć do mechanika, a tam było nam najbliżej z Tetonów. Tam też zdecydowaliśmy, że zamiast kierować się dalej na zachód, odbijemy całkowicie na północ, żeby nawet na jeden dzień pojechać do wychwalanego przez wielu Parku Narodowego Glacier.

W drodze do Glacier NP sprawdziliśmy czy nasz z powrotem sprawny samochód nadaje się do spędzenia w nim nocy. Wyobraźcie sobie, że dokładnie w drugą rocznicę naszego ślubu spaliśmy w przedziwnej konfiguracji – ja na rozłożonym przednim siedzeniu, a Pauli w bagażniku. Romantycznie, że hoho! Jak widzicie, nasza podróż po USA to nie tylko piękne miejsca, ale też nowe doświadczenia! Glacier National Park rzeczywiście okazał się być pięknym parkiem i aż żal, że spędziliśmy w nim tylko jeden dzień przejeżdżając malowniczą drogą Going-to-the-Sun Road. Niemniej było warto! Na mapie mieliśmy zaznaczone jeszcze jedno polecane miejsce w Montanie – Flathead Lake. Jezioro uznawane za jedno z najczystszych na całym świecie. Woda tam była za zimna do kąpieli, przynajmniej dla nas. Ale przyznać musimy, że rzeczywiście była bardzo czysta, a jezioro i okolice spokojne i wyciszające.

Jadąc dalej w kierunku zachodniego wybrzeża wstąpiliśmy do niedużego, ale uroczego miasta Coeur d’Alene, a także spotkaliśmy się z Olą i Karolem, czyli znanymi i lubianymi podróżnikami prowadzącymi bloga Busem Przez Świat. Tak się złożyło, że nasze drogi się przecinały, więc spiknęliśmy się na pogaduszki. Ciekawym przystankiem na naszej trasie było Leavenworth – miasto w stanie Washington, które zrobione jest w całości w stylu bawarskim! Nasz pierwotny plan zakładał, że po tej niespodziewanej wizycie w Niemczech pojedziemy do Seattle, ale dostaliśmy zaproszenie do Vancouver od Justyny i Daniela, którzy dopiero co zakończyli swoją podróż po Ameryce (i to nie tylko północnej!) i osiedlili się w Kanadzie.

Z zaproszenia skorzystaliśmy i to była super decyzja. Głównie ze względu na to, że z Justyną i Danielem bardzo się zakumplowaliśmy. Liznęliśmy oczywiście trochę Vancouver, pojechaliśmy na wspólną wycieczkę poza miasto, ale to dzięki nawiązaniu tej relacji nieplanowany wyjazd do Kanady był taki udany 🙂

Najlepsze wspomnienie Łukasza: Przejechanie Going-to-the-Sun Road ☀️
Najlepsze wspomnienie Pauliny: Kolacja powitalna u Justyny i Daniela ❤️

Etap V – Piękno Pacific Northwest

Bez problemów wróciliśmy na terytorium Stanów i widząc obiecujące prognozy pogody na najbliższe dni odbiliśmy w kierunku Parku Narodowego Północnych Gór Kaskadowych kontynuując naszą podróż po USA. Znalazło się dla nas miejsce na kempingu, więc na spokojnie nauczyliśmy się porządnie rozstawiać namiot, korzystać z kuchenki kempingowej i tym podobne. Pewnie teraz się z nas śmiejecie, ale serio to wszystko było dla nas nowością! W North Cascades National Park wybraliśmy dwa super szlaki, chociaż ten drugi to bardziej sam się wybrał, bo na inny nie mogliśmy naszym autem dojechać. Oczywiście nosiliśmy ze sobą przy pasie sprej na niedźwiedzie, ale niestety (lub stety) żadnego nie spotkaliśmy.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Tysiąc Stron Świata (@tysiacstronswiata)

Kolejnym naszym celem było sprawdzenie czy na słynnej wieży Space Needle w Seattle mieszkają Jetsonowie. W największym mieście stanu Washington spędziliśmy weekend i pomimo średniego pierwszego wrażenia, wyjechaliśmy z Seattle bardzo zadowoleni. Nieplanowana wizyta w Muzeum Popkultury była świetna! Dalsze plany pokrzyżowała trochę nagła zmiana pogody, więc zamiast szlajać się po szlakach Parku Narodowego Mount Rainier w deszczu i śniegu, odbiliśmy na południe w kierunku stanu Oregon. Znaleźliśmy uroczy, niedawno otwarty hostel w małej wiosce Bingen leżącej tuż nad rzeką Kolumbia. Zrobiliśmy sobie tam mały reset, bo warunki do odpoczynku były idealne. Dość powiedzieć, że w hostelu mieliśmy do dyspozycji salę gimnastyczną i strefę SPA z basenami i sauną. Oczywiście nie bylibyśmy sobą gdybyśmy tylko siedzieli w hostelu, dlatego wybraliśmy się w okolice na krótką wycieczkę zobaczyć malowniczo położony wodospad Multnomah Falls.

W Oregonie chcieliśmy pierwotnie spędzić trochę więcej czasu, ale skończyło się na tym, że musieliśmy odpuścić północną część oregońskiego wybrzeża. Zamiast tego pojechaliśmy zobaczyć najwyższy szczyt tego stanu, czyli górę Mount Hood. Pomimo pięknej pogody góry za bardzo nie dostrzegliśmy, bo jedna, wielka, głupia chmura nie chciała nam jej odsłonić. Za to najgłębsze jezioro Stanów Zjednoczonych, czyli Crater Lake nie miało już przed nami nic do ukrycia. Świetny dzień spędziliśmy też na południu Oregonu u wybrzeży Pacyfiku eksplorując trochę tereny nazywane Samuel H. Boardman State Scenic Corridor.

Najlepsze wspomnienie Łukasza: Zobaczenie Multnomah Falls i pójście szlakiem prowadzącym na jego górę, a przy okazji do kilku innych wodospadów 💦
Najlepsze wspomnienie Pauliny: Śniadanie z widokiem na wybrzeże Pacyfiku 🌊

Etap VI – Najcudowniejsze drzewa świata

Cała podróż po USA była naszym jednym wielkim marzeniem, ale pośród tych mniejszych marzeń zobaczenie największych i najwyższych drzew świata było na liście dość wysoko. Pierwszą styczność z sekwojami mieliśmy w Parku Narodowym Redwood. To między innymi tutaj rośnie gatunek, z którego wywodzą się najwyższe drzewa na świecie. Zobaczenie ich na żywo było niebywałym przeżyciem. Na dodatek spacerując wśród tych mamutów często czuliśmy się jak jacyś odkrywcy, bo ludzi nie było tam wcale tak dużo. Podobnie było na Avenue of the Giants – 32-milowej trasie widokowej poprowadzonej przez las pełen ogromnych sekwoi.

Po przedarciu się przez zalesione tereny północnej Kalifornii dotarliśmy do Parku Narodowego Yosemite. Wyobraźcie sobie jak wielkie szczęście mieliśmy, bo akurat na te dwie noce, kiedy chcieliśmy tam przyjechać, zwolniło się miejsce na jednym z kempingów w samej Dolinie Yosemite! Mówi się, że lepszą porą na odwiedzenie tego parku jest przełom wiosny i lata, ale my i tak byliśmy zachwyceni. Najbardziej hardkorowych szlaków w Yosemite nie robiliśmy, ale samo zobaczenie tych niesamowitych skalnych monolitów było już wystarczająco ekscytujące. Do tego ujrzeliśmy fantastyczne zjawisko, jakim było powstanie tęczy na wodospadzie Bridalveil Fall. W Yosemite spotkały nas też dwie bardzo miłe sytuacje. Zostaliśmy rozpoznani przez dziewczyny, które śledziły nasze przygody na Instagramie! Ale byliśmy zaskoczeni! A dzień później poznaliśmy na szlaku przemiłą grupę podróżników z Polski i spędziliśmy razem dobre parę godzin. Fajnie, co nie? 😉

Na jeden dzień wpadliśmy jeszcze do parków Kings Canyon National Park i Sequoia National Park, żeby zobaczyć – tym razem – największe drzewa na świecie. To na terenie Parku Narodowego Sekwoi rośnie Generał Sherman. Największy z największych. Opuszczając okolice tych parków przypomnieliśmy sobie dosadnie jakie to uczucie mieć chorobę lokomocyjną. Uważajcie na tamtych drogach, bo naprawdę może się zakręcić w głowie i zrobić trochę niedobrze.

Najlepsze wspomnienie Łukasza: Zobaczenie tęczowego wodospadu w Yosemite 🌈
Najlepsze wspomnienie Pauliny: Wejście w głąb pradawnego lasu na terenie Redwood NP 🌳

Etap VII – Pełen pomarańczy stan Utah

O parkach narodowych w Utah słyszeliśmy dużo dobrego, dlatego nie było opcji żeby nasza trasa nie przebiegała przez ten stan. Zaczęliśmy od Zion National Park i razem sprawdziliśmy, gdzie lądują anioły. Słynny szlak na formację skalną nazywaną Angels Landing jednak nie padł naszym łupem w całości. Jego finalną, najtrudniejszą część odpuściliśmy ze względów bezpieczeństwa. Na inny słynny szlak The Narrows prowadzący korytem rzeki wybrałem się z kolei sam i muszę przyznać, że decyzja o pójściu była świetna! To był najlepszy szlak w moim życiu i jedno z najciekawszych doświadczeń.

Bryce Canyon National Park był naszym kolejnym łupem i… wow! Cóż to był za dzień w tym parku! Nawet sobie nie wyobrażacie jak wielki zachwyt poczuliśmy, gdy wyszliśmy z samochodu i zobaczyliśmy na żywo niesamowite formacje skalne pomalowane przez Matkę Naturę na każdy możliwy odcień koloru pomarańczowego. Tak nam się spodobało, że zamiast szlaku mającego jakieś 6 kilometrów, zrobiliśmy w sumie 12. Nasze nogi to odczuły, ale Bryce stał się z miejsca jednym z naszych ulubionych parków. Niedaleko, w miejscowości Antimony, wyczailiśmy taki multitaskowy RV Park, gdzie zjedliśmy przepyszne burgery, wzięliśmy prysznic, a potem spaliśmy w samochodzie. Ciekawie, ale bardzo pozytywnie!

Z Bryce Canyon pojechaliśmy prosto do miejscowości Moab, czyli idealnej bazy wypadowej do parków Arches i Canyonlands. W tym pierwszym też solidnie połaziliśmy i bardzo nam się podobało. Byliśmy jedynie zaskoczeni, że to właśnie przy wjeździe do tego parku napotkaliśmy największe kolejki. Było już zdecydowanie poza sezonem. Szybko jednak zrozumieliśmy, dlaczego ludzi ciągnie do tego parku. Ogromne łuki skalne to prawdziwy cud natury. Ze stanu Utah dosłownie na jeden dzień odbiliśmy do stanu Kolorado, żeby w Parku Narodowym Mesa Verde poznać trochę historii rdzennych mieszkańców Ameryki. To było coś zobaczyć schowane w skalnych klifach osady Indian, zamieszkiwane przez nich dobre 800 lat temu.

Najlepsze wspomnienie Łukasza: Pójście szlakiem The Narrow w Zion NP 🤠
Najlepsze wspomnienie Pauliny: Mordercza wędrówka wśród kolorowych hoodoosów na trasie Peak-A-Boo Loop Trail  w Bryce NP 😄

Etap VIII – Kryzysowy Wielki Kanion

Planując podróż po USA od początku w naszych wyobrażeniach o Ameryce pojawiały się iście westernowe klimaty. Dlatego nie mogliśmy pominąć w trakcie wyprawy słynnych ostańców w Monument Valley. Plan był taki, żeby upolować miejsce na kempingu z widokiem na monumenty, przejechać autem widokową trasą pomiędzy nimi i załatwić Paulinie wycieczkę konną w westernowym stylu. Pierwsze dwa punkty udało się zrealizować, ale niestety nie wyszło z tym ostatnim. Akurat w dzień, w który Pauli miała wybrać się na taką wycieczkę, wiatr był tak silny, że przyjemność z konnej przejażdżki byłaby zerowa 🙁

Nasza podróż po USA to najdłuższa wyprawa w naszym życiu. Nie mieliśmy okazji sprawdzić się wcześniej w dłuższej niż trzy tygodnie podróży, dlatego w końcu musiał przyjść kryzys. Zmęczenie i atakujące Paulinę przeziębienie dały się nam we znaki. Okres tego kryzysu wypadł dość nieszczęśliwie. Akurat obraliśmy miejscowość Page jako bazę wypadową do kolejnych atrakcji, a nocleg przypadł w aucie… Ceny hoteli czy moteli były zabójcze, więc decyzja była dość prosta. Pomimo nie najlepszej kondycji, totalnie zachwyciła nas wykupiona wcześniej wycieczka do Kanionu Antylopy. Wybraliśmy wycieczkę do Antelope Canyon X i był to strzał w dziesiątkę, bo zamiast pchać się w te najbardziej zatłoczone miejsca, mieliśmy okazję eksplorować kanion w 11-osobowej grupie. Polecamy! Tego samego dnia wieczorem dotarliśmy na zachód słońca przy Horseshoe Bend. Pomimo tego, że jest to obecnie bardzo turystyczne miejsce, ogrom podkowy, jej kształt i kolory zapamiętamy na długo.

Z Wielkim Kanionem mieliśmy trochę trudniejszą przeprawę, bo spodziewaliśmy się, że dotrzemy do jego krawędzi, wyjdziemy na pierwszy z brzegu punkt widokowy i zemdlejemy z zachwytu. Tak nie było. Sami się sobie dziwiliśmy, ale na szczęście im dłużej podążaliśmy trasą wzdłuż kanionu, tym większy podziw w nas wzbudzał. Na ostatnim odwiedzonym punkcie widokowym – Yavapai Point – byliśmy już oczarowani. Ufff, baliśmy się, że ten nasz kryzys bardzo źle na nas zadziałał.

Odpuściliśmy północną krawędź Wielkiego Kanionu Kolorado w imię znalezienia normalnego noclegu, wypoczynku i dojścia do zdrowia. Następnie pojechaliśmy do stanu Nevada dać się rozpalić Dolinie Ognia. Stamtąd mieliśmy już rzut beretem do Las Vegas, gdzie spędziliśmy dwa dni przekonując się, że warto odwiedzić to leżące pośrodku niczego miasto. Jest to fenomen, naprawdę. No i tak, mieliśmy wygrać fortunę na dalsze podboje świata, ale skończyło się tak, że to co zostało włożone w maszyny, nigdy nie zostało z nich wyjęte. Życie.

Najlepsze wspomnienie Łukasza: Szlaki Fire Wave i White Domes w Dolinie Ognia 🔥
Najlepsze wspomnienie Pauliny: Zachód słońca nad Horseshoe Bend 🌄

Etap IX – Kalifornijskie przygody

Kryzys udało nam się przezwyciężyć. Na szczęście. Wielki wpływ miały na to czekające na nas pełne radości kalifornijskie przygody. Zaczęliśmy niepozornie od Doliny Śmierci. Stanęliśmy tam w najniżej położonym miejscu w całej Ameryce Północnej i zarazem miejscu, gdzie odnotowano najwyższą temperaturę w historii. Podążyliśmy też trochę szlakiem filmowych lokacji, a konkretnie tych z moich ukochanych Gwiezdnych Wojen.

To nie był jednak koniec przygód związanych ze światem Star Wars. W znajdującym się pod Los Angeles Disneylandzie fani Gwiezdnych Wojen na nudę narzekać nie mogą. W świecie bajek i filmów spędziliśmy jakieś 14 godzin (tak, w ciągu jednego dnia) i wybawiliśmy się co niemiara. Jakby tego było mało przez kolejne dwa dni szaleliśmy w Universal Studios, a Pauli spełniała swoje marzenia o przeniesieniu się w świat Harry’ego Pottera. I choć nasze żołądki i błędniki miały już dość symulatorów i rollercoasterów to w parkach rozrywki totalnie odżyliśmy i nabraliśmy energii na dalsze przygody.

Z Los Angeles dość szybko uciekliśmy przekonując się po drodze, że plaże przy Santa Monica i Venice to kompletnie nie nasza bajka. San Francisco natomiast to było to! Jechaliśmy tam nastawieni bardzo sceptycznie, a wyjeżdżaliśmy zauroczeni. Golden Gate miał zachwycić i zachwycił, ale świetnymi przeżyciami były także przejażdżka zabytkowym tramwajem linowym i rejs oraz zwiedzanie Alcatraz! Z San Francisco wróciliśmy z powrotem w okolice LA, ale tym razem jadąc uznawaną za jedną z najpiękniejszych dróg w Stanach – Pacific Coast Highway, czyli kalifornijską jedynką.

Najlepsze wspomnienie Łukasza: Usiądnięcie za sterami i przelot Sokołem Millennium w Disneylandzie 😀
Najlepsze wspomnienie Pauliny: Nocny spektakl Fantasmic w Disneylandzie 🙂

Etap X – Marzenie o NBA spełnione

Po jednej z najpiękniejszy dróg przyszedł czas na najsłynniejszą drogę w Stanach. Oczywiście nie było szans na przejechanie całej Drogi 66, tak jak zrobili to Ola z Karolem z Busem Przez Świat, ale przejechaliśmy jeden z najlepiej zachowanych jej fragmentów. Tym samym wróciliśmy do Arizony, bo czekało nas tam spełnienie jednego z moich największych marzeń, czyli zobaczenie na żywo meczu NBA w Phoenix. Dlaczego tam? Tak się składa, że od wielu lat kibicuję Phoenix Suns, więc nie mogłem przepuścić takiej okazji. Zresztą trasa roadtripu była przemyślana pod każdym kątem. Zanim dotarliśmy do stolicy Arizony, zahaczyliśmy jeszcze o Sedonę. Raz nie pomyśleliśmy żeby sprawdzić prognozy pogody, raz! I rankiem obudziliśmy się w zaszronionym aucie. Taki tam lekki mróz nas zaskoczył. Za to rozgrzał nas skutecznie szlak do Cathedral Rock. Krótka, ale intensywna i świetna przygoda.

W Phoenix wybraliśmy się na mecz Suns i było to wspaniałe przeżycie. Do pełni szczęścia zabrakło wygranej Słońc, ale mecz był bardzo emocjonujący, a atmosfera na hali świetna. W Arizonie odwiedziliśmy jeszcze ostatni park narodowy na naszej trasie, czyli pełen wielkich kaktusów Saguaro National Park.

Najlepsze wspomnienie Łukasza: Zobaczenie na żywo meczu Phoenix Suns 🏀
Najlepsze wspomnienie Pauliny: Jazda historyczną Drogą 66 – Get your kicks on route sixty-six! 🛣️

Etap XI – Droga powrotna do Chicago

Z Arizony do Chicago mieliśmy do pokonania jakieś 2000 mil. Nie chcieliśmy się już tutaj za bardzo rozdrabniać, dlatego każdego dnia staraliśmy się pokonać jak największe odległości. Oczywiście były to rozsądne starania, bo długa jazda tą samą drogą potrafi być męcząca. W stanie Nowy Meksyk zrobiliśmy sobie kilkugodzinny postój w White Sands National Monument, czyli parku pełnym wydm uformowanych z białego piasku. Ale tam są widoki! Nawet niska temperatura i silny wiatr nie zabrały nam frajdy z wizyty w tym parku.

W Teksasie raz jeszcze wjechaliśmy na Drogę 66 i odwiedziliśmy ranczo z wbitymi w ziemię Cadillacami. I tak jechaliśmy i jechaliśmy, aż przyszedł czas na… drugi mecz Phoenix Suns, ale tym razem w Memphis. Tak się fajnie złożyło, że Suns grali wyjazdowy mecz w dogodnym dla nas terminie. Nadłożyliśmy trochę mil, ale dzięki temu zobaczyliśmy na żywo zwycięstwo mojej ulubionej drużyny. Z Memphis do Chicago dojechaliśmy już w ciągu jednego dnia i po ponad 2,5 miesiąca wożenia się po Stanach zakończyliśmy wspaniały roadtrip.

Najlepsze wspomnienie Łukasza: Zabawa na wydmach w White Sands 🙂
Najlepsze wspomnienie Pauliny: Wędrówka przez wydmy białych piasków w White Sands NM ✌️

Etap XII – Dziękujemy Ameryko!

Priorytetem po powrocie do Chicago było szybkie sprzedanie samochodu. Daliśmy sobie na to tydzień, ale już drugiego dnia pierwsze osoby, które obejrzały naszego Outlandera stwierdziły, że go kupują. Takie szybkie akcje to rozumiemy! Myśleliśmy, że może raz jeszcze pojedziemy pozwiedzać centrum Chicago, ale przyszedł niespodziewany atak zimy i pogoda była totalnie niezachęcająca. Skończyło się na tym, że porobiliśmy jeszcze jakieś zakupy, spędziliśmy czas z rodziną i ruszyliśmy w drogę powrotną do Nowego Jorku. Tym razem jako środek transportu wybraliśmy, dość zaskakująco, pociąg. Mieliśmy dużo więcej bagażu niż na początku, więc była to najtańsza opcja i jak się okazało całkiem wygodna.

Nasza wymarzona podróż po USA dobiegała końca. Byliśmy już trochę zmęczeni, ale ostatnie dni w Nowym Jorku wykorzystaliśmy jeszcze całkiem przyjemnie. Tym razem zatrzymaliśmy się u przyjaciół moich dziadków, którym bardzo dziękujemy za wspaniałą gościnę. Na Manhattanie nadrobiliśmy trochę zaległości z lata i wybraliśmy się między innymi do muzeum poświęconego atakom z 11 września, wyjechaliśmy na punkt widokowy Top of The Rock, zobaczyliśmy mecz New York Knicks w Madison Square Garden oraz byliśmy na Broadwayu na Królu Lwie! 17 listopada późnym wieczorem wsiedliśmy w samolot powrotny do Polski.

Najlepsze wspomnienie Łukasza: Zachód słońca nad Nowym Jorkiem oglądany z Top of The Rock 🌇
Najlepsze wspomnienie Pauliny: Scena otwierająca brodwayowskiego Króla Lwa 🎶

Podsumowanie

Wybranie się w taką podróż po USA było jedną z najlepszych decyzji, jakie podjęliśmy w życiu. Decyzja o odejściu z pracy i przeznaczeniu sporych oszczędności na taki wyjazd nie była łatwa. Nie żałujemy jednak niczego i gdybyśmy mieli cofnąć się w czasie i raz jeszcze decydować, to postąpilibyśmy dokładnie tak samo. Życie to coś więcej niż suma obowiązków. Tak często o tym zapominamy. Cieszymy się, że udało nam się do tego dojść teraz, a nie dopiero na sławetnej emeryturze.

Odlotowe Stany w liczbach:
👉 Nasza podróż po USA trwała dokładnie 116 dni!
👉 Przejechaliśmy samochodem 12500 mil, czyli około 20000 kilometrów!
👉 Podróżowaliśmy przez 20 stanów!
👉 Zwiedziliśmy prawie 30 parków narodowych, stanowych i innych pomników przyrody!
👉 12 nocy spędziliśmy śpiąc w samochodzie, a drugie tyle na kempingach!
👉 Widzieliśmy jednego niedźwiedzia!

Jeśli macie jakieś pytania o naszą podróż po USA zostawcie je w komentarzach tutaj lub na naszym fanpage’u 🙂 I tak na samo koniec – polecamy spełniać marzenia! Jakiekolwiek one nie są! 😉

5 2 votes
Article Rating
27 komentarzy
2

Mogą ci się spodobać

Subscribe
Powiadom o
guest
27 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Weronika
Weronika
10 miesięcy temu

Przeczytałam cały wpis z zapartym tchem. Fajnie było, po ogladaniu Waszych relacji w SM na bieżąco, przypomnieć sobie jak krok po kroku wyglądała Wasza podróż. Wielki szacun za zrealizowanie tego marzenia właśnie teraz ❤️

Agata
10 miesięcy temu

Super wpis – cieszę się, że podróż Wam się udała! A foty mega!!!

Przy czym tak szczerze mówiąc, to – patrząc na niektóre z nich – aż się prosi, żeby dodać do nich hasztag: #relationshipgoals :)))

Stas
Stas
9 miesięcy temu

A ja mam pytanie z innej bardziej materialnej beczki 🙂 ile mniej więcej wyniósł koszt całego tego przedsięwzięcia? 🙂

STAS
STAS
6 miesięcy temu
Reply to  Łukasz

A więc, można już uchylić rąbka tajemnicy? 🙂

STAS
STAS
3 miesięcy temu
Reply to  Łukasz

Maj miną, czerwiec też a ja dalej czekam… 🙂

Stas
Stas
3 miesięcy temu
Reply to  STAS

🙂

Paulina
Paulina
9 miesięcy temu

Mój Mąż od dłuższego czasu namawia mnie na wyjazd do Stanów… jakoś mnie to przeraża(ło) tym bardziej, że jechalibyśmy z rocznym synkiem… ale czytając opis Waszej wyprawy… widząc te zdjęcia…. chyba zaczniemy planować naszą podróż 😀 Przekonaliście mnie 😀 😀

Paulina
Paulina
9 miesięcy temu
Reply to  Łukasz

Super 😀 w takim razie czekamy 😁

Inga
Inga
9 miesięcy temu

R E W E L A C J A ! Wspaniała trasa, śliczne zdjęcia, przygoda i wspomnienia na całe życie. Życzę Wam, byście dotarli z Waszymi wyjazdami i przygodami do jak największego grona, bo faktycznie, nie warto czekać z marzeniami do emerytury. Bardzo Wam dziękuję za świetną relację i inspirację. Gorąco pozdrawiam!

Agnieszka
Agnieszka
9 miesięcy temu

Cudownie. Moje marzenie. Czy uważacie że realne jest zrobienie tego przyczepa z dziećmi? Jakie koszty ponieśliście? Zdradzicie?

Sabina
Sabina
9 miesięcy temu

Dzięki wielkie za świetnie napisane teksty o Waszym tripie po USA. Rzeczowo a jednocześnie bardzo interesująco 🙂 Sami z partnerem po latach „myślenia o tym” zdecydowaliśmy w końcu spełnić takie samo marzenie. Planujemy 3-4 miesięczny trip po Stanach z krótkim wypadem do Kanady. Także wszelkie informacje zamieszczane przez Was są dla nas niezwykłym ułatwieniem. Z racji różnych opinii na wielu stronach mam pytanie odnośnie samochodu, czy dobrze zrozumiałam z Waszych relacji, że udało Wam się go zakupić na wizę turystyczną bez większych problemów? (Ze względu na długość wyprawy wynajem byłby zbyt kosztowny). Zdradzicie może jeszcze z jakiego ubezpieczenia skorzystaliście? Pozdrawiam… Czytaj więcej »

Sabina
Sabina
9 miesięcy temu
Reply to  Łukasz

Super! To dla nas bardzo dobra wiadomość:) Czekam zatem na więcej info w tej kwestii na Waszym blogu. Jest jeszcze jedna dla nas klopotliwa kwestia, mianowicie ubezpieczenie zdrowotne. Przy podróży 1 miesięcznej sprawa jest dosyć prosta natomiast przy dłuższej koszty niestety są konkretne. Rozważamy Planetę Młodych, którą zresztą używalismy w bliższych wypadach po Europie. Czy w tej sprawie też macie coś sensownego do polecenia?

Sabina
Sabina
9 miesięcy temu
Reply to  Łukasz

Wielkie dzięki za wszystkie podpowiedzi. Kwestia ubezpieczenia zdrowotnego zatem pozostaje jeszcze otwarta, do przemyślenia 🙂
Pozdrawiam serdecznie i czekam na kolejne wpisy!

Sabina
Sabina
9 miesięcy temu
Reply to  Łukasz

Udało mi się wysłać delegację znajomych na Waszą prelekcję we Wrocławiu 🙂 Niestety z Lublina samej było mi za daleko ale z dostarczonych mi informacji i materiałów widzę, że byliście super przygotowani i przekazaliście masę konkretów. Także jeszcze raz dzięki wielkie 🙂

pstryk
pstryk
2 miesięcy temu

Na jakie koszty sie orzygitiwac wiem ze to są nie male koszty ale takie granice minimalne

Magda
2 miesięcy temu

Mega!
Yellowstone to jest największa magia świata <3
Fajnie się ogląda miejsca, które się odwiedziło, ale z Waszej perspektywy 🙂
Ja dopiero zaczynam swoją przygodę z dzieleniem swoimi podróżami, ale Wasz blog jest dla mnie mocno inspirujący! Szanuję 🙂

Ten blog wykorzystuje pliki cookies, czyli ciasteczka. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies. Jasne, mniam. Dowiedz się więcej.