Zimowy weekend na Mazurach. Blogowe Morsy w natarciu!

by Łukasz
Weekend na Mazurach

Tegoroczna zima przywołała wspomnienia z najlepszych dziecięcych lat. Śnieżne zaspy sięgające niekiedy pasa, gromady dzieciaków zjeżdżające na sankach z każdej możliwej górki, białe drogi wymagające podwójnego skupienia. Jednak i tak najwięcej emocji w Internecie budziło oczywiście… morsowanie! Do grona amatorów kąpieli w lodowatej wodzie dołączyło tej zimy wiele osób, ale trzeba zaznaczyć, że spora grupa morsów posiada już stopień weterana. I właśnie wokół takiej grupy, na dodatek ściśle związanej z podróżniczą blogosferą, narodził się pomysł, żeby zorganizować (drugi rok z rzędu) zimowy weekend na Mazurach z morsowaniem jako motywem przewodnim. W tym wpisie zobaczysz nie tylko jak świetnym wydarzeniem były Blogowe Morsy, ale także co to znaczy mazurska gościnność i dlaczego czujemy się zachęceni, żeby jeszcze w tym roku wrócić w ten region Polski!

Weekend na Mazurach z dojazdem z Krakowa? Jak najbardziej!

Kiedy tylko dowiedzieliśmy się o planach na zorganizowanie morsowego spotkania blogerów podróżniczych na Mazurach, w naszych głowach pojawiły się dwie wątpliwości. Pierwszą było to, że nigdy w życiu nie morsowaliśmy. Drugą – jakby się mogło wydawać – kawał drogi z Krakowa. Nie jesteśmy pasjonatami jazdy samochodem w takie trasy ze świadomością, że poziom energii i skupienia może być dyskusyjny.

Z ciekawości popatrzyliśmy na rozkład jazdy pociągów i… jakie zaskoczenie! Z Krakowa można dojechać do Olsztyna bezpośrednim pociągiem Intercity. A Olsztyn jest już dobrą bazą wypadową w okolicę 🙂 Do takich Starych Jabłonek, gdzie spędzaliśmy weekend, bez problemu dotrzecie pociągiem kolei regionalnych. Oczywiście trzeba mieć świadomość, że czas takiej podróży może oscylować wokół siedmiu czy ośmiu godzin. Chcemy pokazać Ci jednak możliwość, że nawet lekko przedłużony weekend na Mazurach to intrygujący pomysł, niezależnie od tego czy mieszkasz na północy czy na południu Polski i czy jesteś zmotoryzowany czy nie. Sami sobie tym uświadomiliśmy jak wielkim błędem było to, że dopiero ten wyjazd był naszą… pierwszą wizytą na Mazurach!

Stare Jabłonki - stacja kolejowa

Mazurskie krajobrazy, czyli jeziora i… lasy!

Spośród wielu atrakcji tego wyjazdu, tym co sprawiło nam największą przyjemność było samo otoczenie, w którym się znaleźliśmy. Weekend na Mazurach – dlaczego wcześniej na to nie wpadliśmy? Takie pytania towarzyszyły nam w drodze powrotnej do domu.

Mazury zawsze kojarzyły się nam z odległą krainą pełną jezior i… No właśnie i nic więcej. Można by nas spokojnie wziąć za ignorantów, bo ten region ma przecież o wiele więcej do zaproponowania. Historia, miejscowe tradycje, bogactwo natury, to wszystko po zaledwie pobieżnym zbadaniu tematu. I bez tej wiedzy, wystarczył jeden weekend żebyśmy zaczęli planować poważniejszą eksplorację Mazur.

Już tak po prostu mamy, że kochamy odkrywać nowe miejsca. Nasz weekend na Mazurach spożytkowaliśmy na poznawaniu tego z czego ten region słynie. Jeziora i lasy. Niezmiennie piękny krajobraz, który ma wręcz terapeutyczną moc. Nie wiem jak u Ciebie, ale we mnie widok wody, niezależnie czy to morze, ocean czy jezioro, wzbudza niesamowity spokój. Tym razem wody nie było widać, przykryła ją tafla lodu, ale wiesz co? Terapeutyczne działanie pozostało w mocy! Powiem więcej, widoki były bajkowe. Obrazek tak inny od tego, jaki staje nam przed oczami, gdy myślimy Mazury. Jaki z tego wniosek? Na Mazury zdecydowanie warto jechać także zimą. Region ten w swym mroźnym wydaniu po prostu zachwyca 🙂

Sosna taborska – drzewo absolutnie niezwykłe

Mieliśmy to szczęście nocować w Hotelu Anders, u którego podnóży znajduje się malownicze jezioro o nazwie Szeląg Mały, a na dodatek w jego pobliżu mamy Rezerwat Sosny Taborskiej. Jedną z lokalnych atrakcji jest ścieżka dydaktyczna prowadząca przez las pełen wspomnianej sosny.

Podczas godzinnej wędrówki przez las z przewodnikiem w osobie pana Mariusza, dowiedzieliśmy się wielu ciekawostek o tym wcześniej nieznanym nam ekotypie.

  • Sosna porastająca te lasy była wysoko cenionym surowcem budowlanym w całej Europie, a to ze względu na swoje ponadprzeciętne właściwości – sosny ekotypu taborskiego są smukłe, bardzo wysokie, wytrzymałe, a przede wszystkim proste, dzięki czemu były uznawane za najlepszy na świecie materiał do budowy masztów.
  • Cena tego drewna była o 50% wyższa niż sosny innego pochodzenia.
  • Sosna taborska jest długowieczna (może dożyć nawet ponad 200 lat) i dorasta nawet do 40 metrów wysokości.
  • Napoleon chciał wyhodować te wspaniałe drzewa we Francji, co prawdopodobnie się nie udało – szczególne właściwości drzewa wynikają bowiem z określonych warunków klimatycznych w jakich rosną.
  • Z sosny taborskiej zbudowano między innymi molo w Sopocie oraz wykorzystano ją do odbudowy Teatru Narodowego w Warszawie po pożarze z czasów II wojny światowej.

Dzięki ciekawym opowieściom pana Mariusza, dowiedzieliśmy się również co nieco o zamieszkującej te tereny faunie. I tu mamy od razu do Was pytanie. Czy wiedzieliście, że nie ma takiego ptaka jak orzeł biały? Jak się okazuje bielik, to nie orzeł. Zatem od razu pojawia się pytanie, co też widnieje w godle naszego państwa? Jakieś propozycje?

Bielik - największy drapieżny ptak w Polsce
Okoliczne tereny zamieszkiwane są przez wiele gatunków ptactwa. Jednym z mieszkańców jest właśnie bielik, który orłem nie jest. I to nie ze względu na brak zapędów intelektualnych, a przez fakt, iż należy do rodziny jastrzębiowatych. Dorosły osobnik może osiągnąć rozpiętość skrzydeł do 2,5 metra oraz ważyć ponad 6 kg! Ciężko sobie wyobrazić przelatującego nam nad głowami takiego olbrzyma, ale z pewnością byłoby to ciekawe doświadczenie. Pan przewodnik uświadomił nas również, że bielik potrafi porwać młodą sarnę czy też dzika. Także nie ma żartów.

Na sam koniec wędrówki dotarliśmy jeszcze pod schron bojowy z okresu II wojny światowej, który teraz pełni rolę małego muzeum poświęconego tematyce militariów wojennych. Można go zwiedzać w sezonie letnim. Ogółem taka wycieczka krajoznawcza przedstawiła nam Mazury od zupełnie innej strony. Spacer po urokliwym lesie to przyjemność sama w sobie, oczywiście. Jeśli jednak będziecie chcieli skorzystać z ogromnej wiedzy lokalnych przewodników, to pana Mariusza śmiało możemy Wam polecić. Tutaj podlinkowujemy stronę Przewodnika po Mazurach.

Weekend na Mazurach? Wybierz własne jezioro!

Wspomnieliśmy już, że Mazury zawsze kojarzyły nam się tylko i wyłącznie z jeziorami. W statystyki nigdy się jednak nie zagłębialiśmy. Kiedy dowiedzieliśmy się ile jest akwenów na Pojezierzu Mazurskim, wrzuciliśmy na naszego Instagrama ankietę pytając naszych obserwatorów o tą ilość. Zdecydowana większość, podobnie jak my – nie miała pojęcia o tym, że na Mazurach mamy aż 2700 jezior o powierzchni powyżej jednego hektara! Wśród nich są oczywiście dwa największe jeziora w Polsce – Śniardwy i Mamry.

Dlatego spędzając weekend na Mazurach mamy multum możliwości do wyboru. Szeląg Mały czy sąsiadujący z nim Szeląg Wielki to jedne z wielu akwenów, nad którymi można wyciszyć się i uciec myślami w bezstresowe miejsce. Swoją drogą, z tymi dwoma jeziorami też wiąże się ciekawa historia. Dowiedzieliśmy się o niej w trakcie wspomnianej wycieczki. Otóż Szeląg Mały i Szeląg Wielki były kiedyś jednym jeziorem. Pod koniec XIX wieku zostały jednak rozdzielone ze względu na potrzebę wybudowania linii kolejowej. Pomiędzy jeziorami uformowano ogromny nasyp, wydrążono w nim tunel i poprowadzono przez niego kanał. Znajduje się w nim nawet kładka dla pieszych.

Wyjątkowy Hotel Anders w Starych Jabłonkach

Po udanej wycieczce wróciliśmy do Hotelu Anders, którego tradycja wpisuje się w tematykę tego regionu. Otóż Richard Anders, od którego wzięła się nazwa hotelu, został obwołany wschodniopruskim królem drewna. Był pruskim arystokratą, żyjącym na przełomie XIX i XX wieku, który rozwinął na tych terenach przemysł drzewny, budując i modernizując ówczesne tartaki. Zbił na tym spory majątek, co pozwoliło mu między innymi na wybudowanie uroczego pałacyku na skarpie, nad jeziorem Szeląg Mały. Ten właśnie pałacyk pełni teraz funkcję restauracji hotelowej.

Hotel Anders - restauracja pałacowa

Jak dowiesz się z dalszej części artykułu, nasz zimowy weekend na Mazurach obfitował w kulinarne doznania. Znakomitym dopełnieniem tych atrakcji był obiad w willi wzniesionej na polecenie Andersa. Widok z okien na zamarzniętą taflę jeziora, ośnieżone wierzchołki drzew i bezkres lasów – coś pięknego!

Sam kompleks hotelowy jest ogromny. Poza głównym budynkiem, po całym terenie rozsiane są mazurskie chaty – paroosobowe domki do wynajęcia. W trakcie pobytu można skorzystać ze strefy spa z basenem, jacuzzi i saunami. W podziemiach hotelu kryje się klub nocny i będąca obecnie w remoncie kręgielnia. Na chętnych czekają także stoły do gry w bilard, ping-ponga czy piłkarzyki. Do tego na obszernym terenie hotelowym znajdziemy boiska do gry w siatkówkę plażową czy korty tenisowe. Generalnie za dużo by tu wymieniać – sprawdź sam jak genialne jest to miejsce. To co nam się najbardziej spodobało, to położenie względem jeziora. Pomosty, plaża, kąpielisko. Powtarzamy się, wiemy, ale Szeląg Mały, również w scenerii zimowej, to po prostu bajka 🙂

Wspomnieliśmy o wyjątkowości hotelu, dlatego nie sposób podrzucić jeszcze kilku ciekawostek związanych z zawodami sportowymi. I to nie byle jakiej rangi!

  • W 2020 roku na terenie hotelu organizowane były Mistrzostwa Polski w piłce ręcznej plażowej.
  • Z kolei rok wcześniej odbywały się tam Mistrzostwa Europy w piłce ręcznej plażowej.
  • W 2013 roku przy Hotelu Anders rozgrywano Mistrzostwa Świata w siatkówce plażowej.

Blogowe Morsy – zimowa kąpiel w Szelągu Małym

Punktem kulminacyjnym całego weekendu miało być wspólne morsowanie. Organizatorzy zapowiadali, że na wszystkich uczestników wydarzenia czekać będą rozpalone ogniska, ugotowane zupy oraz oczywiście idealne do podniesienia temperatury grzane wino. Do czasu naszego przyjazdu zima nie odpuszczała, więc możesz się domyśleć jak wyglądał Szeląg Mały. Całe jezioro pokryte było grubą warstwą lodu i wcale nie cieńszą śniegu. Zaangażowana w pomoc Ochotnicza Straż Pożarna zadbała o wykucie przerębla.

Morsowanie w jeziorze Szeląg Mały - przerębel

Krótka historia naszego morsowania

Jesteś pewnie ciekaw czy zdecydowaliśmy się na wejście do lodowatej wody. Zanim odpowiem na to pytanie pozwól, że przytoczę pewną życiową sytuację. Wyobraź sobie, że są święta, jesteś w swoim rodzinnym domu, siedzisz zamknięty w pokoju. Nagle w wigilijne popołudnie słyszysz wołanie mamy. Schodzisz do salonu, a tam cały stół nakryty potrawami, choinka przystrojona i pełna ukrytych pod nią prezentów, a drobnych świątecznych akcentów nie brakuje w całym pomieszczeniu. Masz takie poczucie przyjścia na gotowe, kłębi się w Tobie pewien niedosyt.

Dokładnie tak było z naszym morsowaniem! Przyjść tak na gotowe, tylko wejść do wody i już? No gdzie… no jak! Swoje pierwsze morsowanie wyobrażałem sobie tak, że własnoręcznie wykuwam przerębel piłą mechaniczną, sam rozpalam ognisko z porąbanego dzień wcześniej drewna, zawczasu gotuję ogromny gar zupy, a wino na grzaniec przygotowuję kilka miesięcy wcześniej z zebranych na własnej winnicy winogron. Żadnych półśrodków nie akceptuję!

Śmiechy, śmiechami, ale no tak… nie morsowaliśmy. Należymy do gatunku ciepłolubnych, dlatego bariera przed wejściem do tak zimnej wody jest u nas ogromna. Wyobraź sobie, że na Islandii to w ogóle mieliśmy problem, żeby przy temperaturze oscylującej około zera rozebrać się przed wejściem do gorącej rzeki. Doszliśmy jednak do wniosku, że w wydarzeniu możemy wziąć udział, bo spełniamy połowę wymagań – morsy z nasz żadne, ale co nieco blogujemy.

Morsowanie łączy ludzi!

Muszę jednak przyznać, że z nutką zazdrości patrzyłem na całą ekipę podróżników moczących się w wodzie. Pomyślałem wtedy, że ciężko o lepszą aurę na debiutanckie spróbowanie morsowania niż zrobienie tego w takim towarzystwie. Była wspólna rozgrzewka, wchodzenie na pewniaka do wody, a do tego ogrom radości, śmiechu i… czerwonych ciał. A po wszystkim wspólna uczta przy ogniskach, rozgrzewanie się płomieniami od zewnątrz i grzańcem od wewnątrz. Wymiana doświadczeń, przekazywanie rad na kolejne razy, a przy tym zachęcanie tegorocznych kibiców do przełamania się i zamorsowania. Czy to znaczy, że za rok w trakcie kolejnych Blogowych Morsów spróbuję wejścia do wody? Nie mówię nie! Czuję się zachęcony uśmiechem ujrzanym na twarzy każdego śmiałka 🙂

Morsowanie - Blogowe Morsy

Kulinarne smaki Mazur w kilku odsłonach

Weekend na Mazurach bez skosztowania co najmniej jednego regionalnego przysmaku byłby niczym.Anonimowy podróżnik

Czy ktoś kiedyś rzeczywiście wypowiedział te słowa? Być może! Nawet gdyby były one tylko wymysłem naszej wyobraźni, to byłyby one w pełni zgodne z prawdą. Mazurska kuchnia regionalna powstała na fundamentach kulturowej mieszanki, obfituje w najróżniejsze potrawy. Jeśli wielbisz dania przyrządzane z ziemniaków nie wyjedziesz stąd zawiedziony. Na Twój talerz mogą trafić kotleciki, placki czy babki ziemniaczane, o kartaczach nie wspominając. Oczywiście grzechem byłoby nie napomknąć o rybach, a jakże by inaczej! Serwowane są one na Mazurach w przeróżnych postaciach, choć jak na nasze oko najczęściej wymienia się ryby wędzone. Wielbicieli słodkich przyjemności weekend na Mazurach również nie zawiedzie, ale czego konkretnie warto spróbować dowiesz się lada moment.

Wieczorną atrakcją po morsowaniu była kulinarna uczta przy ognisku. Na dodatek przy akompaniamencie muzyki granej na żywo! Dzięki temu mieliśmy okazję spróbować najpyszniejszych potraw, za co dziękujemy szefowi kuchni w Hotelu Anders panu Dariuszowi Strucińskiemu i całej jego załodze. Na nasze talerze trafiły między innymi pieczony i marynowany schab, wędzone pstrągi, a nawet burgery z idealnie wysmażonym mięsem. Na każdego łasucha czekały także deski lokalnych serów i wędlin. To złożyło się na spróbowanie między innymi kiełbasy z jelenia, którą określiłem mianem jednej z najlepszych zjedzonych kiełbas.

Wypiekanie sękacza na żywym ogniu

Ciężkim zadaniem byłoby wybranie tego jedynego gwoździa programu całych Blogowych Morsów. Mocnym kandydatem byłoby z pewnością wspólne wypiekanie najprawdziwszego sękacza. Pani Bożena i pan Tadeusz specjalizujący się wypiekaniu takich sękaczy specjalnie przyjechali do nas ze wsi Żytkiejmy leżącej pod Gołdapią i bardzo osłodzili nam ten wieczór. Nie tylko smakiem tego tradycyjnego wyrobu, ale także historią o największym sękaczu mierzącym 5 metrów i zrobionym między innymi z 1000 jaj! A jak dużo składników potrzeba na sękacza, który poskromi głód blogerów podróżniczych?

  • 50 jaj
  • 1 kilogram mąki
  • 1 kilogram cukru
  • 0.5 kilograma masła
  • 0.5 kilograma margaryny
  • 1 litr śmietany 18%

Sękacz gotowy był do zjedzenia po około 40 minutach, ale podobno potrzeba około 10 godzin, żeby ściągnąć go z wałka. Oczywiście można go też pokroić na świeżo., a mówiąc precyzyjnie – poodrywać po prostu od wałka, na którym się piekł. Jak pewnie możesz sobie wyobrazić, taki jeszcze cieplutki sękacz to poezja dla kubków smakowych!

Mazurskie smaki - Sękacz

Hotelowa tradycja – „Pieczenie Jaszczurów”

Kiedy wydawało się, że doznań smakowych mamy pod dostatkiem, na pierwszy plan wkroczył pan Darek będący szefem kuchni od pierwszego dnia istnienia Hotelu Anders. Okazało się, że 25 lat temu wymyślił on Jaszczura i choć sam przyznaje, że nazwa dania mogła być lepsza, to nie jest źle, bo przetrwała już ćwierć wieku. Spytasz jednak czym jest ten tajemniczy Jaszczur? Miała to być alternatywa dla pieczonej kiełbasy, stworzona z myślą o dzieciakach. Z biegiem czasu ta alternatywa zaczęła podobać się całym rodzinom, aż w końcu jaszczurową zajawkę przejęli dorośli.

Jaszczur jest kawałkiem drożdżowego ciasta, które nawija się na końcówkę kija i piecze na ogniskiem. Uformowane w kulkę ciasto najpierw należy rozciągnąć, a następnie zawinąć na kija w sposób podobny do bandażowania palca. Następnie pojawia się najbardziej pobudzająca zmysły część, czyli… czułe pieszczenie Jaszczura. Celem tego jest pozbycie się powstałych zgrubień, które mogą spowodować rozwinięcie ciasta na ogniem. Co ważne, przygotowany Jaszczur nie powinien być za długi. Kolejnym etapem jest pieczenie go nad ogniem. Jaszczur musi urosnąć w cieple ogniska, więc nie wkładamy go bezpośrednio w płomienie. Czas pieczenia jest bardzo indywidualny, dlatego na bieżąco należy monitorować jego stan. Jeśli ciasto łatwo odchodzi od kija to znaczy, że Jaszczur jest gotowy. Ostatnim etapem jest dodanie do niego nadzienia. W Starych Jabłonkach nie mogło być innej opcji niż przepyszne nadzienie z jabłek.

Dokładnego przepisu na ciasto nie podajemy, bo nie chcemy wyciągać na światło dzienne tej autorskiej receptury. Jaszczur na dobre zadomowił się w hotelowej tradycji, a co więcej pan Dariusz będzie starał się, aby został on uznany za produkt regionalny. Trzymamy za to mocno kciuki! A Tobie polecam zainteresowanie się wzięciem udziału w takim pieczeniu, bo jest to unikalne doświadczenie, które można wywieźć ze Starych Jabłonek.

Chcesz spytać nas jak nam smakowało wszystko co zjedliśmy w trakcie tego weekendu na Mazurach? Nie znajdziemy lepszego określenia niż to w wykonaniu Roberta Makłowicza.

 

Weekend na Mazurach – podziękowania dla organizatorów

Nie byłoby tego wszystkiego o czym napisaliśmy gdyby nie zaproszenie na Mazury od organizatorów Blogowych Morsów. Dlatego w tym miejscu chcemy bardzo gorąco podziękować każdemu z nich z osobna.

  • Dorocie i Jarkowi z bloga Szalone Walizki – za kontynuowanie tradycji, chęć zacieśniania relacji pomiędzy blogerami podróżniczymi i skutecznie zachęcenia nas do odwiedzenia Waszej pięknej krainy.
  • Hotelowi Anders w Starych Jabłonkach – za przemiłą gościnę, pyszne jedzenie i dbanie o nas na każdym kroku. Dziękujemy również za zadbanie o zachowanie wszystkich reguł związanych z obowiązującym reżimem sanitarnym, dzięki czemu czuliśmy się bezpiecznie.

Dziękujemy również wszystkim podróżniczym ziomeczkom za wspólnie spędzony weekend. Jeśli to czytacie to wiedzcie, że każde takie spotkanie z Wami i wymiana doświadczeń z drogi czy życiowych przemyśleń, daje nam niesamowitą radość 🙂

Weekend na Mazurach - blogerzy

Mamy nadzieję, że całym tekstem i przejawiającym się przez niego podekscytowaniem zachęciliśmy Cię do spędzenia nawet kilku dni w polskiej krainie jezior. A jeśli chcesz dla pewności zapytać nas czy warto spędzić weekend na Mazurach to odpowiedź będzie prosta. Tak, tak i jeszcze raz tak!

I jak to śpiewał Marcin Miller z zespołu Boys – „Kup bilet i wyjedź na Mazury nie w góry.”.

Polecamy!
Paulina i Łukasz

5 6 votes
Article Rating
20 komentarzy
6

Mogą ci się spodobać

Subscribe
Powiadom o
guest
20 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Jarek z Szalonych Walizek
3 miesięcy temu

Pięknie Wam to wyszło. Będziemy wspominać i planować kolejne Blogowe Morsy. Dziękujemy, że byliście i do zobaczenia oby szybciej niż za rok

Mikołaj
Mikołaj
3 miesięcy temu

Doskonały artykuł. Świetne zdjęcia. Niesamowita pamiątka z tego wyjatjowego wydarzenia. Dziękuję Wam za to!

Kuba Gębura
Kuba Gębura
3 miesięcy temu

Super! Opisane od deski do deski – dokładnie i ze szczegółami ✌️

Maria
Maria
3 miesięcy temu

Świetny wpis!!! Przedstawiacie wszystko tak dokładnie, że można podążać Waszym śladem.
Na Mazurach byłam kiedyś latem, ale z waszego opisu wyłania się tak wspaniały obraz Mazur w zimowej szacie, że marzy się by jechać już teraz zaraz. Wspaniale prezentuje się hotel, a jeszcze lepiej lokalne jedzenie, szczególnie sękacz i jaszczur.
Zdjęcia super, pięknie wyszły te majestatyczne sosny. A więc? Kierunek – Mazury!!!

Karolina
Karolina
3 miesięcy temu

Dzięki Wam mam jeszcze większą ochotę po raz pierwszy odwiedzić Mazury ❤️
Chyba czas zaplanować wakacyjny wypad!

Gosia
Gosia
3 miesięcy temu

Bardzo ciekawy opis Waszej wyprawy na Mazury;) Dużo wrażeń i przygód jak na tak krótki okres! Na Mazurach bywałam zawsze latem, teraz zachęciliście mnie i nie tylko do odwiedzenia tamtych okolic zimą!

Gosia
Gosia
3 miesięcy temu
Reply to  Łukasz

Nam się podobało jezioro Pisz z plażą miejska i łódkami oraz Ryn nad jeziorem Ryńskim i zamek krzyżacki Najfajniejsze są małe wioski i rozległe puste przestrzenie – mazurskie klimaty

Krystyna
Krystyna
3 miesięcy temu

Po tak „smakowicie ” opisanych Mazurach nie pozostaje nic tylko pakować walizki i ruszać po przygodę! Morsowanie trochę mniej mnie pociąga ale kto wie? Ale ten sękacz hmmm!

Gieniek
Gieniek
3 miesięcy temu

Czego nie morsowaliście?

Cel w podróży
3 miesięcy temu

Świetny artykuł i relacja, świetne zdjęcia! Na kolejną edycję to już chyba miejsc zabraknie, bo wszyscy zechcą pojechać:) Całe wydarzenie to prawdziwy sztok… jak się teraz fachowo określa. Miejsce, jedzonko, atrakcje… bardzo się cieszę, że poznałam Was w końcu osobiście:)